Jest ich coraz więcej, a przewodzi im piękna aktorka. Wszyscy mają
jeden cel – zwycięstwo. O sile i mocy grupy przekonamy się za kilka
dni. Oto broń prezydenta Baracka Obamy, której nie zawaha się użyć.
O coraz większym wpływie Latynosów na wyniki wyborów w USA przeczytasz w artykule "As w rękawie. Oto potężna broń Obamy"
sobota, 3 listopada 2012
czwartek, 1 listopada 2012
Tego w Ameryce jeszcze nie było
Do ostatecznej konfrontacji Baracka Obamy i Mitta Romneya pozostało
zaledwie kilka dni, a wyniki ostatnich sondaży oscylują w okolicach
remisu. Ostatecznie walka o każdy głos może skutkować rozwiązaniami,
których historia dotąd nie znała.
Artykuł o scenariuszach wyborczych, których amerykańska historia nie zna przeczytasz w portalu Onet.
Artykuł o scenariuszach wyborczych, których amerykańska historia nie zna przeczytasz w portalu Onet.
poniedziałek, 3 września 2012
"Zajrzałem śmierci w oczy" - wywiad z Howardem Wasdinem, legendarnym snajperem elitarnej jednostki SEAL Team Six
Chciał się zabić, bo czuł się winny tego, że żyje. Stracił żonę i
życie, które znał. Wybrał zawód, który w 90 proc. przypadków kończy się
rozwodem. - Stoczyłem się na samo dno, ale są rzeczy gorsze niż śmierć –
mówi dziś. "Tydzień Piekła" był tylko zapowiedzią bólu, trwającego
wiele lat.
Z Howardem Wasdinem, legendarnym snajperem SEAL Team Six, rozmawiają Kamil Turecki i Przemysław Henzel.
Wywiad przeczytasz w portalu Onet.
niedziela, 25 marca 2012
Anielski powiew pistoletów i róż
Poczułem się jak na planie wielkiego planu filmowego. Grając u boku ducha Jima Morrisona w pobliżu wieży ratowniczej Słonecznego Patrolu. Gdy słońce zaszło, w ludziach zbudziły się demony. Potulne rano Venice Beach wieczorem zamieniło się w obszar walk gangów. Patrząc na to z dachu opuszczonego budynku czułem się jak w kinie trójwymiarowym. W oddali napis „Hollywood”, który można zobaczyć z każdego zakątka miasta. Odwracam głowę - Sunset Strip i duch rodzącego się ponad 25 lat temu blasku gwiazdy Guns N’ Roses zmierza w stronę Santa Monica. To tu kończy się słynna „66”. Stanąłem na molo i wykrzyczałem w sobie: "Boże, jak bardzo warto!".
Los Angeles wita w dżungli skojarzeń o Ameryce. Scenariusz na Oscara. Oto i jest - czerwony dywan przy Kodak Theatre. Ekipa filmowa i kolejka, by przez mikrofon dać odpowiedź na pytanie, komu byś dziś chciał/a podziękować. To zdjęcia do jakieś reklamówki. Nie przeszkadzał nawet manifest grupy osób ze sloganami „Jesus is Lord”. To część wielkiego spektaklu zwanego po prostu życiem. Klęczeli na tablicach tworzących długą Aleję Gwiazd i modląc się zawzięcie zapomnieli o otaczającej ich rzeczywistości. Kątem oka spojrzałem, kto tak cierpi pod ciężarem około 40-letniej przysadzistej kobiety. Jak dobrze, że Penelope Cruz tego nie czuje...
| Los Angeles samo w sobie to przepis na Oscara. Odbierzesz go tutaj - w Kodak Theatre |
Na Venice Beach pojawiłem się przed 20. Do tego czasu kwitnie tu handel starociami (uważaj na kieszonkowców!). Gdzieniegdzie widać typów spod ciemnej gwiazdy łypiących groźnie zza rogu na przemierzających rowerzystów. Nieco dalej odrapana ściana budynku bijącego nostalgią za czasami hippisowskimi. Oto i on – Jim Morrison i jego dom w latach 60. ubiegłego wieku. Sąsiadką ducha muzyka The Doors jest... Lindsay Lohan i powiem szczerze, że nawet gdybym miał, nie dałbym 3 mln dolarów za dom, który, przynajmniej z zewnątrz, niczym się nie wyróżniał. A może to tak specjalnie...? W każdym razie podejrzewam, że Morrison nie byłby zadowolony z tego towarzystwa. Huk. Jest po 20. Miejscowa policja opuszcza teren, który staje się dziki. Welcome to the jungle. Strzał. "To już nie film..." - pomyślałem. Czas się stąd ewakuować zanim dostanę kulką w łeb.
| Venice Beach. Przyjemnie prawda? Lepiej się tu nie pokazywać po 20. Chyba, że chce się oberwać kulką w łeb... |
Dzień ukazał spokojną plażę w Santa Monica. Niewiele trzeba było, by natknąć się na słynny punkt obserwacyjny ratowników ze Słonecznego Patrolu. Tylko gdzie ta Pamela...? Plaża tak szeroka, że zanim dobiegniesz z jej końca do Pacyfiku, zdążysz się zmęczyć. Na molo wjazd od strony Santa Monica Boulevard. To tu kończy się słynna Route 66. The Mother Road – Droga Matka, wybudowana w 1926 roku, by połączyć wschód z zachodem, Chicago z Los Angeles, samochodem zamiast kolei. W latach 50. i 60. najlepiej poczciwym "Chevy". Koniec historii mierzącej niecałe 2500 mil. Znawca tematu, Michael Wallis powiedział, że Droga 66 jest nieprzewidywalna. Te same widoki, ale za każdym razem napotka się coś nowego. To nie kwestia drogi, a ludzi. Różnych ludzi. Coś jak podniesienie głazu, spod którego wychodzi dżin. Wróciłem do rzeczywistości. Jestem na molo. Koniec drogi, przede mną Pacyfik i wschodzące słońce. "Boże, jak bardzo warto!" – pomyślałem.
| Santa Monica Boulevard - wprost na molo. To tu kończy się Route 66 |
Los Angeles wraca do korzeni. Staje się coraz bardziej latynoskie. Coraz więcej tu Meksykan, którzy mają swoje dzielnice. Przechadzając się po targowisku, moją uwagę przykuła torba podróżna z motywem Drogi 66.
- Coś panu podać? – usłyszałem. Spoglądała na mnie starsza Meksykanka, która jeszcze kilkanaście lat temu była przepiękną kobietą i z pewnością kradła serca tutejszych mężczyzn. Dziś, zmęczona życiem, choć nie dawała tego po sobie znać.
- Zaintrygowała mnie ta torba. Wie pani, R66 to kawał historii społeczeństwa amerykańskiego – odpowiedziałem patrząc ukradkiem na cenę.
- Ameryka to różnorodność. Droga 66 wciąż jest w głowach Amerykanów. To symbol, to duma. Skąd pan jest? – starsza meksykanka kontynuowała.
- Z Polski – odparłem.
- Z Polski? To tak daleko stąd! Ale wie pan co? Tutaj obok jest polska restauracja. Dziwnie wygląda te jedzenie, ale jakie smaczne!
"Wiele pani traci" – pomyślałem. O ile meksykańska kuchnia jest kolorowa, smaczna i bardzo urozmaicona, do amerykańskiej pasuje pierwsza i ostatnia cecha. Zawsze za dużo, za słono lub za słodko. Jakież było moje rozczarowanie, gdy spróbowałem ciasta, które swoim wyglądem przypominało nasze jogurtowe z malinami. Pomyliłem się. Fakt – było to ciasto malinowe, ale malin tam nie uświadczyłem, a miałem wrażenie, że jem perfum o zapachu owoców leśnych... Chwalmy polską kuchnię! Meksykanka miała rację!
Jadę busem na wzgórza Beverly. W oddali centrum Los Angeles.
- Nie daj się nabrać. To nie mgła. To smog... - powiedział kierowca widząc, że te obłoki przykuły mą uwagę. - Skąd jesteś?
- Z Polski.
- Wyglądasz na kogoś z bardziej południowych terenów. No i ten akcent… – odparł.
Uśmiechnąłem się nadal patrząc przez szybę. Coś w tym musi być. Na każdym lotnisku, gdy latałem między kolejnymi stanami, byłem poddawany szczegółowej kontroli osobistej. O ile na początku byłem tym nieco zszokowany, o tyle później już się z tego śmiałem i uznałem za normalność. Funkcjonariusze Homeland Security przecierali telefon komórkowy, kamerę i aparat materiałem przypominającym ścierkę, by chwilę później włożyć ją do komputera (tak, też to mnie zadziwiło). Ukazała się cała tablica Mendelejewa. Nic nie wykryto. "You’re free. Next!". Uff. Nie przemycałem niczego, ale gdyby ktoś mi coś podrzucił to ja bym na tym ucierpiał i spędził kolejne lata w tutejszym więzieniu.
Rozmowa z kierowcą urwała się na dłuższą chwilę. Oto słynny napis Hollywood. Każda z liter ma 40 metrów wysokości. Po przerwie, podczas której wszyscy robili sobie zdjęcia na jego tle podszedł do mnie wspomniany kierowca.
- Nurtuje mnie, z której części Polski jesteś? - zapytał. Przyznam, że to pytanie mnie zaskoczyło i pomyślałem, że cokolwiek przecież nie odpowiem, i tak nic mu to nie powie. - Z południa . Widział, że nie dodaję nic więcej i sam dopytał: Kraków, Katowice?
| "Nie daj się nabrać. To nie mgła. To smog..." |
Ameryka zaskakuje wciąż i wciąż. Takie miałem poczucie przemierzając kolejne ulice Los Angeles z mapą w ręku. W końcu trafiłem do rockowej mekki – Sunset Strip w West Hollywood. To w tutejszych pubach i barach swoją karierę rozpoczynało wiele zespołów, ale w latach 80. największe wrażenie robiła piątka outsiderów z Guns N’ Roses. Mijam Key Club, House of Blues, obecny Viper Room czy Whisky A Go-go. Przy tym ostatnim tablica z adnotacją, że bilety na koncert Alice Coopera wyprzedane. Czasem chciałbym cofnąć się 30 lat wstecz. To jest niesamowite. Jedna tematyczna ulica – rozrywki i rozpusty w Las Vegas i rocka w Los Angeles.
| Whisky A Go-Go. Bilety na koncert Alice Coopera wyprzedane |
Beverly Hills – kojarzy się ze znanym w latach 90. serialem dla młodzieży. Od teraz także ze starannie przystrzyżonymi trawnikami i schludnym i zadbanym otoczeniem. Jak na ikonę metalu przystało, Ozzy Osbourne ma... różowy dom. To tu kręcono popularne reality show z udziałem rodziny muzyka. W niedalekiej odległości posiadłości Michaela Jacksona, Mela Gibsona, czy Nancy Reagan – żony jednego z najbardziej zasłużonych prezydentów USA – Ronalda Reagana. Dom 91-letniej byłej pierwszej damy otoczony jest dużym murem, na którym co pewną odległość ruchy zbliżających się osób śledzą kamery. Dodatkowo, obiekt jest stale zabezpieczany przez ochronę. Jeszcze trudniej zobaczyć miejsce zamieszkania Toma Cruise’a i jego małżonki Katie Holmes. Spośród wielu wysokich krzewów i drzew wystaje jedynie amerykańska flaga.
Kierując się w stronę słynnej Rodeo Drive – ulicy, na której swoje główne sklepy mają najwięksi światowi projektanci mody – Hugo Boss, Prada, Gucci czy Dolce&Gabbana – można się natknąć na jezdnię do połowy solidnej i betonowej, do połowy ciemniejszej, z większą domieszką asfaltu, a tym samym mniej odpornej na wszelkie uszkodzenia. Okazuje się, że to granica między Beverly Hills a Los Angeles. Jak można się domyślać, bardziej zadbana część jezdni podlega administracji BV.
Rodeo Drive - ekskluzywna ulica hrabstwa Los Angeles, a miasta Beverly Hills. Tu wiatr kołyszący liśćmi palm wieje w żagle bogatym. To tutaj możesz kupić parę butów za bagatela 3 tys. dolarów, a właściciel jednego ze sklepów parkuje swoje Bugatti Veyron. Przechadzając się po chodniku ulicy stylu napotkałem, zdaje się, wszystkie luksusowe samochody od Aston Martina, Ferrari, przez BMW, Mercedesy po Porsche, Chevy Corvette czy Mustangi. "Brakuje chyba tylko Lamborghini" - pomyślałem. Jakieś półtorej minuty później zza rogu pojawił się i włoski żółty pojazd.
| Rodeo Drive. To tu kupisz buty za 3 tys. dolarów... |
Znów zaskoczyła. Tak dają się zapamiętać tylko piękne kobiety. Moja Ameryka...
Kamil Turecki, Los Angeles, Kalifornia (17.09.11)
czwartek, 3 listopada 2011
Whatever happens in Vegas, stays in Vegas!
Jeśli w Ameryce jest kryzys to na pewno nie tam. Nie w Vegas. Tu wszystko gra, jak to w kasynie; brzęczy, jak to dźwięk wydawanych żetonów i pieniędzy; kusi jak skąpo ubrane tancerki w klubach. Kiedy patrzysz na to wszystko z Wieży Eiffle’a (a jakże!) zdajesz sobie sprawę, że jeśli łączna suma "zielonych" wydana w ciągu zaledwie 24 godzin na jednej ulicy – Las Vegas Strip – przypadkiem wpadnie na twoje konto, jesteś ustawiony do końca życia. I tylko tutejszy Sfinks spokojnie na to patrzy czarując ludzi w swym labiryncie doznań. Wie, że cokolwiek zdarzy się w Vegas, zostaje w Vegas.
Dzień odkrył fragment Manhattanu z Empire State Building na czele. Encyklopedyczna definicja – nowojorski wieżowiec, były największy budynek świata, jeden z siedmiu współczesnych cudów świata. To kopia. Jak wszystko tutaj. To odzwierciedla myślenie Amerykanów. Po co jechać do Nowego Jorku, jak mogę to mieć w Vegas? Dlaczego muszę podróżować do Egiptu skoro piramidę i Sfinksa mam na miejscu? Wreszcie, w jakim celu mam udać się do Francji, skoro romantyczną kolację z poznaną tu dopiero co piękną kobietą mogę zjeść na dachu tutejszej Wieży Eiffle’a?
Vegas to erotyczna mekka. Jeden z pierwszych wieczorów, pokój hotelowy, kilka ułożonych magazynów. Wśród ofert dla panów, znalazła się też pozycja w całości poświęcona chippendales. Tu nie ma ograniczeń. Chcieć to móc. Kilka bowiem pięter niżej na ulicy jeżdżące reklamy nawołują: "Zadzwoń, wybierz, w 20 minut jestem u ciebie". Jakby tego było mało, na chodnikach w niewielkiej od siebie odległości stoją ludzie rozdający ulotki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na wszystkich bez wyjątku znajdują się nagie kobiety. Na każdej inna. Wystarczy kilka godzin, by stworzyć sobie nową, oryginalną tapetę w pokoju.
Królestwo hazardu znajduje się w każdym hotelu tuż przy wejściu. Chcąc dostać się do recepcji należy najpierw przejść całe kasyno. Zaczyna się od jednorękiego bandyty, przy których zasiadają bogate emerytki z cygarem w ustach i nogą założoną na drugą nogę, kończy na stołach do pokera, blackjacka i ruletce. Rano, wieczór - pora jest tu bez znaczenia. Tu zegarki można wyrzucić albo sprzedać. Idąc do kasyna trzeba zadać sobie podstawowe pytanie: ile zamierzasz dziś przegrać? Dziesiątki ludzi musi ponieść porażkę, by ktoś zwyciężył. Gdzieś z sali słychać serię dźwięków podobnych do gongu zapowiadającego kolejną rundę bokserską na zmianę z gromkimi okrzykami i oklaskami. Ktoś wygrał. Nad stołem na elektronicznym komputerze wyświetla się kwota. 11 tysięcy baksów. Nieźle... W następnym stoliku jegomość przy kości, w za ciasnej koszuli, początkowo rozluźnia krawat. Przegrał na oko ze 2 tysiące. Wzdycha, macha ręką jakby chciał powiedzieć, że nic się nie stało i idzie... do drugiego stołu. Nad jego głowami dwie tancerki w bikini tańczące w rytm muzyki, tuż obok nich telewizja i program informacyjny. Gdyby prezenter wiedział, co się dzieje tuż obok niego...
Wychodząc na zewnątrz, po dwóch stronach Stripu hotelowe atrakcje przykuwają uwagę turystów. Od godzin wieczornych średnio co 60 minut przy jednym z nich rozgrywa się 20-minutowy spektakl. Po jednej stronie piraci, po drugiej nimfy. Regularna bitwa z udziałem pirotechniki, muzyki, motywów tanecznych i kaskaderskich. Drugi zachęca pokazem fontann tańczących w rytm muzyki, kolejny jest zbudowany w stylu rzymskim. To tam swoje walki rozgrywał legendarny Mike Tyson, a regularnie koncertuje Celine Dion, Elton John, czy Rod Stewart. Jest i Wenecja z Placem Św. Marka, na którym można zjeść lody za 25 dolarów. Jest i sztuczne niebo oraz gondolierzy śpiewający dla zakochanych "O sole mio" za dodatkową opłatą. Obok wybuchy wulkanów, a chodnikiem między Hard Rock Cafe a sklepem Harleya Davidsona przechadza się kowboj na szczudłach wołając z południowym zacięciem "Welcome to Vegas". W tle oddany w grudniu ubiegłego roku hotel, w którym jeden z tańszych pokoi kosztuje w przeliczeniu 7 tysięcy złotych na dobę.
Nic jednak nie byłoby tu warte wydanego centa, gdyby nie ludzie. Na swej drodze spotkamy Shreka, bohaterów Toy Story, Spidermana, Myszkę Miki i Minnie oraz sobowtórów Elvisa Presleya. Można zrobić sobie zdjęcie, pewnie, ale za opłatą „co łaska”. Inaczej jest w przypadku płci pięknej. Przy hotelowym basenie słyszę jak pewien młody mężczyzna pyta przechodzącą piękną dziewczynę o zdjęcie, bo cudownie wygląda. Ta bez wahania się zgadza. Postanowiłem to sprawdzić i podejść do patrzącej co chwila w mą stronę ratowniczki niczym rodem ze Słonecznego Patrolu. - Nie mogę przejść obojętnie wobec twojej urody. Mogę mieć z tobą zdjęcie? - pytam, po czym dziewczyna ochoczo kiwnęła głową, ale nim ustawiła się do zdjęcia, wzięła kartkę i narysowała "I <3 U". Uśmiechnęła się do obiektywu aparatu. Pstryk. Gotowe.
W Vegas nie ma kryzysu. Są jedynie czarne plamy na nieskazitelnie białym płótnie wszechobecnego tu bogactwa. Tak jak ciężarna Jenna, która z rozbrajającą szczerością informuje, że nie chce jedzenia tylko uczciwej pracy i godnego zarobku. Po drugiej stronie Stripu siedzi Jeff i, jak mówi, od 10 lat w tym samym miejscu gra na gitarze klasycznej stare rock n’ rollowe kawałki. Jest tam z wyboru. - Tu zarobię więcej niż gdziekolwiek wokół - uważa. Inaczej pewnie myśli jeden z muzycznych zespołów dający koncert przy pobliskim hotelu, grając cover Aerosmith – Janie’s Got A Gun. Oni są wciąż młodzi, wciąż liczą na koncerty na wielkich stadionach, na spełnienie swojego amerykańskiego snu. Na przekór ekonomii, na przekór współczesności. Przy okazji mogą się tu świetnie zabawić, bo przecież nikt się o tym nie dowie.... Whatever happens in Vegas, stays in Vegas...
Kamil Turecki, Las Vegas, Nevada (14.09.11)
Dzień odkrył fragment Manhattanu z Empire State Building na czele. Encyklopedyczna definicja – nowojorski wieżowiec, były największy budynek świata, jeden z siedmiu współczesnych cudów świata. To kopia. Jak wszystko tutaj. To odzwierciedla myślenie Amerykanów. Po co jechać do Nowego Jorku, jak mogę to mieć w Vegas? Dlaczego muszę podróżować do Egiptu skoro piramidę i Sfinksa mam na miejscu? Wreszcie, w jakim celu mam udać się do Francji, skoro romantyczną kolację z poznaną tu dopiero co piękną kobietą mogę zjeść na dachu tutejszej Wieży Eiffle’a?
Vegas to erotyczna mekka. Jeden z pierwszych wieczorów, pokój hotelowy, kilka ułożonych magazynów. Wśród ofert dla panów, znalazła się też pozycja w całości poświęcona chippendales. Tu nie ma ograniczeń. Chcieć to móc. Kilka bowiem pięter niżej na ulicy jeżdżące reklamy nawołują: "Zadzwoń, wybierz, w 20 minut jestem u ciebie". Jakby tego było mało, na chodnikach w niewielkiej od siebie odległości stoją ludzie rozdający ulotki. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na wszystkich bez wyjątku znajdują się nagie kobiety. Na każdej inna. Wystarczy kilka godzin, by stworzyć sobie nową, oryginalną tapetę w pokoju.
| Zaledwie 24 godziny i wiesz, że z wydanej tu przez wszystkich sumy mógłbyś utrzymać się do końca życia... |
Wychodząc na zewnątrz, po dwóch stronach Stripu hotelowe atrakcje przykuwają uwagę turystów. Od godzin wieczornych średnio co 60 minut przy jednym z nich rozgrywa się 20-minutowy spektakl. Po jednej stronie piraci, po drugiej nimfy. Regularna bitwa z udziałem pirotechniki, muzyki, motywów tanecznych i kaskaderskich. Drugi zachęca pokazem fontann tańczących w rytm muzyki, kolejny jest zbudowany w stylu rzymskim. To tam swoje walki rozgrywał legendarny Mike Tyson, a regularnie koncertuje Celine Dion, Elton John, czy Rod Stewart. Jest i Wenecja z Placem Św. Marka, na którym można zjeść lody za 25 dolarów. Jest i sztuczne niebo oraz gondolierzy śpiewający dla zakochanych "O sole mio" za dodatkową opłatą. Obok wybuchy wulkanów, a chodnikiem między Hard Rock Cafe a sklepem Harleya Davidsona przechadza się kowboj na szczudłach wołając z południowym zacięciem "Welcome to Vegas". W tle oddany w grudniu ubiegłego roku hotel, w którym jeden z tańszych pokoi kosztuje w przeliczeniu 7 tysięcy złotych na dobę.
| Tu przy każdej okazji kipi seksem. Trudno nie wydać fortuny w kasynie. |
W Vegas nie ma kryzysu. Są jedynie czarne plamy na nieskazitelnie białym płótnie wszechobecnego tu bogactwa. Tak jak ciężarna Jenna, która z rozbrajającą szczerością informuje, że nie chce jedzenia tylko uczciwej pracy i godnego zarobku. Po drugiej stronie Stripu siedzi Jeff i, jak mówi, od 10 lat w tym samym miejscu gra na gitarze klasycznej stare rock n’ rollowe kawałki. Jest tam z wyboru. - Tu zarobię więcej niż gdziekolwiek wokół - uważa. Inaczej pewnie myśli jeden z muzycznych zespołów dający koncert przy pobliskim hotelu, grając cover Aerosmith – Janie’s Got A Gun. Oni są wciąż młodzi, wciąż liczą na koncerty na wielkich stadionach, na spełnienie swojego amerykańskiego snu. Na przekór ekonomii, na przekór współczesności. Przy okazji mogą się tu świetnie zabawić, bo przecież nikt się o tym nie dowie.... Whatever happens in Vegas, stays in Vegas...
Kamil Turecki, Las Vegas, Nevada (14.09.11)
sobota, 22 października 2011
Początek koszmaru. Trzy grosze "przyczajonego tygrysa"
Świat zaczyna obawiać się Libii. Skończył się "święty spokój", rozpoczęła się walka o władzę. Udział w niej bierze Al-Kaida, która próbuje zdobyć tajną broń Kaddafiego. Równie niepokojące są plany "przyczajonego tygrysa". Może dojść do rozlewu krwi. Kto wygra wojnę o przyszłość?
Całą analizę przeczytasz w portalu Onet.pl.
Całą analizę przeczytasz w portalu Onet.pl.
wtorek, 27 września 2011
Miasto Wzgórz
Wystarczyłoby zaledwie kilka centymetrów śniegu i miastu groziłby paraliż. Nie pomógłby nawet patron w postaci Świętego Franciszka. Poczucie humoru Amerykanów nie zmienia się tu jednak jak pogoda. Ranki i wieczory spod znaku mgły. W 1967 roku Scott McKenzie śpiewał o kwiatach we włosach hipisów. Mieszkańcy San Francisco wciąż je mają, ale w sobie.
Opuszczając międzynarodowe lotnisko pierwsze wrażenie robią wielopoziomowe drogi. Każda po pięć pasów w jedną stronę. To co, u nas nazywa się autostradą, tam jest zaledwie boczną ulicą. Nie ma mowy o dziurach w jezdni. Faktem jednak jest, że tutejsza zima to nasza łagodna odmiana późnej jesieni. Do hotelu zawozi mnie Azjata. Prawdopodobnie Chińczyk. Jakież było moje zdziwienie, kiedy nie bardzo potrafiłem się z nim porozumieć po angielsku. Jak się później okazało, to nie przypadek. Skośnookich jest tu więcej niż wszystkich innych. Szczególnie w Chinatown. Dzielnicę mieszkańców Państwa Środka otwiera brama, sama w sobie będąca zapowiedzią klimatu panującego wewnątrz. Niezrozumiały dla wielu chiński napis i dwa smoki strzegące wejścia. Im głębiej, tym bardziej miało się wrażenie, że jest się nie w Stanach Zjednoczonych a na Dalekim Wschodzie. Nie zmienił tego nawet napis "serce Szanghaju" w języku angielskim, który znajdował się na jednym z licznych sklepów z żywnością. O ile dla Amerykanów tradycyjnym chlebem są… tosty, tam trudno było go znaleźć. Za to potężne ilości ryżu, makaronów (także sojowy) i owoców.
Z Twin Peaks (Bliźniacze Szczyty) doskonale widać, że struktura ulic miasta jest jednolita i składa się ze skrzyżowań dróg równorzędnych. Mówiąc, że mieszkasz przy Franklin Avenue wcale nie oznacza, że będziesz bliższym lub dalszym sąsiadem swojego kolegi, którego dom znajduje się przy tej samej ulicy. Ta bowiem ciągnie się niemal przez całe miasto. Trudno też tutaj znaleźć jakiekolwiek znaki. Gdy zbliżasz się do skrzyżowania jedyną informacją, którą otrzymujesz jest namalowany na jezdni napis "stop". Amerykanie najwidoczniej lubią sobie patrzeć w oczy i gestykulować, kto jedzie pierwszy. Widać to nie tylko podczas jazdy samochodem. Wystarczy złapać kontakt wzrokowy, by usłyszeć "Hey! How are you doing?" wypowiedziane z typowo południowo-zachodnim akcentem. Standardowa odpowiedź brzmi: "Fine, thank you". Bez względu na to, co by się działo. Pewnie, dlatego tak wielu psychoanalityków, psychologów a nawet psychiatrów w Stanach nie ma problemu ze znalezieniem pracy. Nie ma się co dziwić. Bańka optymizmu w czasach światowego kryzysu finansowego musi w końcu pęknąć. Skąd on się wziął? Z powodu życia na kredyt amerykańskiej klasy średniej. Dom, dwa w miarę ekskluzywne samochody i garaże. Teraz nie ma z czego spłacać. Tutaj to norma. Idąc ulicą nie sposób nie zauważyć wykończone domy, które świecą pustkami, a hulający pacyficzny wiatr uderza w brzęczące kłódki. Na oknach odbijają się ogłoszenia – na zmianę "for rent" (wynajem) i "for sale" (na sprzedaż).
Mgła. Potrafi w pięć minut pokryć całe niebo nad San Francisco, by w kolejne kilka go odsłonić. Typowe jednak dla tego miasta są "mleczne" ranki i wieczory. Wtedy też trudno podziwiać słynny czerwony most Golden Gate pamiętający plan zdjęciowy Van Dyke’a w melodramacie "San Francisco", czy chociażby więzienie Alcatraz z celą Al Capone. Zamknięte z powodu wysokich kosztów utrzymania i błędów konstrukcyjnych ułatwiających ucieczkę „miejsce wiecznego odosobnienia” jest dziś atrakcją turystyczną wzbudzającą niemałe zainteresowanie. Bilety na statek wiozący na wyspę należy wszak kupić 24 godziny przed planowaną wycieczką, mimo że dziennie jest zaplanowanych kilkanaście rejsów! Jedyna udana próba ucieczki miała miejsce w czerwcu 1962 roku. Fart? Być może, ale stojące na brzegu wyspy armaty robią wrażenie. Zaplanowana szczegółowo akcja stała się potem scenariuszem filmu "Ucieczka z Alcatraz" z doskonałą grą Clinta Eastwooda.
Swoistym symbolem Miasta Wzgórz są cable cars (linowe wagony), które same w sobie stanowią nie tylko gratkę dla turystów, ale korzystają z nich również miejscowi celem dojazdu do różnych miejsc. Zabawa zaczyna się na Hyde Street niedaleko Fisherman’s Wharf – dzielnicy typowo rybackiej. Siedząc wygodnie bacznie obserwowałem wnętrze pojazdu. Ku memu zdziwieniu, okazało się, że tym samym wagonem poruszał się także sam Humphrey Bogart! Działo się to w latach 40. ubiegłego stulecia. Dojechałem do Union Square – dystryktu finansowego miasta. Tutaj z kolei rzadkością było spotkanie na swojej drodze kogoś o innym kolorze skóry niż biały. Bogate centrum, wielkie wieżowce, a między nimi palmy, czyli wszystko to, z czym kojarzy się Ameryka. Wśród nich Transamerica Pyramid – olbrzymi biurowiec w kształcie wąskiej piramidy – budynek, który może posłużyć jako kompas w przypadku zguby.
Wróciłem do Fisherman’s Wharf. Zatoka San Francisco, statki, mewy, przydrożne sklepy, bary, restauracje, w których od samego rana podają smażone ryby, a nawet piekarnie, które stanowią część wielkiego show. To tu można zobaczyć przez szybę cykl pracy piekarza. Odwrót w drugą stronę i co kilkanaście metrów uliczni muzycy, tancerze, artyści, którzy chcąc przykuć uwagę ogromnej liczby turystów, postanawiają przedstawić oryginalny program. Idąc w stronę Embarcadero Street gwar nieco mniejszy, dzięki czemu słychać bluesowe dźwięki saksofonu altowego wydobywające się z otwartych okien klubu, który reklamuje się jako najlepszy bluesowy w mieście.
Jadąc mostem Golden Gate można dojechać do miasteczka Sausalito znajdującego się dziesięć minut drogi od San Francisco. Domy na wzgórzach, podtrzymywane przez bale drewna. Jeśli kiedyś przeszłaby tu powódź, nic by z nich nie zostało. To pewne. Okolica jednak bajecznie piękna. Przy brzegu cumują motorówki, łodzie i statki bogatszych Amerykanów, którzy lubią w ten sposób spędzać wolny czas. W oddali widok na centrum San Francisco i Alcatraz. Na kamieniach leżących u ujścia zatoki można zaobserwować prażące się w słońcu kraby. Bardzo tu cicho i spokojnie. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy miasta, którego patronem jest Św. Franciszek coraz chętniej przenoszą się do Sausalito. Przy drodze znajdują się bowiem wszystkie niezbędne instytucje przydatne w życiu codziennym. Nawet kiczowate budynki z napisem "breakfast & lunch" (śniadanie i lunch), koniecznie z wywieszoną amerykańską flagą.
Tu ludzie cieszą się życiem. Jakiekolwiek by ono nie było. Pierwsze chwile przywitały mnie widokiem znanym z amerykańskich filmów. Oto rodzina urządza sobie grilla w parku nad morzem, przy palmach. Druga gra w karty. Trzecia uczy młodzież rywalizacji podczas zabawy zręcznościowej. Obok nich przechodzi para rzucająca swojemu labradorowi piłkę, którą ten z ochotą łapie w pysk i przynosi z powrotem. Nie zapomnę również policjanta, który widząc jak rozkładam mapę przy Union Square i uważnie ją studiuję, podchodzi i pyta, dokąd zmierzam. Co więcej, radzi w którą stronę nie iść, by nie paść ofiarą kieszonkowców. W jego pobliżu stał człowiek ubrany w koszulę z olbrzymią amerykańską flagą, który wykrzykiwał wniebogłosy, że tylko czytanie Biblii może zbawić ludzkość. W Chinatown azjatycki staruszek w przerwie wygłaszania przestrogi dla Amerykanów przed zgubą jeśli zapomną o pierwotnych wartościach zdołał uśmiechnąć się i pomachać do obiektywu mego aparatu. Niski wzrostem stał na krześle, w ręku dzierżył tablicę z omawianymi postulatami. To spektakl, to show. Tu każdy zna swoją rolę. Bez pomocy suflera. Tak jak grupka grająca na ławkach w Ogrodach Botanicznych Golden Gate country rocka z domieszką bluesa, jazzu oraz nutą Południa. I jej frontman, który zauważając, że jest przeze mnie filmowany wstał z grzechotką i wciąż śpiewając zaczął tańczyć. Jegomość miał co najmniej 70 wiosen na karku. Witamy w Ameryce. A to był przecież dopiero początek…
Kamil Turecki, San Francisco, Kalifornia (07.09.11)
| San Francisco w pełnej okazałości. Mgła to norma, a główne ulice przecinają całe miasto |
| W Chinatown rozmowy po angielsku mogą zostać odebrane jako pogarda wobec mniejszości chińskiej |
Mgła. Potrafi w pięć minut pokryć całe niebo nad San Francisco, by w kolejne kilka go odsłonić. Typowe jednak dla tego miasta są "mleczne" ranki i wieczory. Wtedy też trudno podziwiać słynny czerwony most Golden Gate pamiętający plan zdjęciowy Van Dyke’a w melodramacie "San Francisco", czy chociażby więzienie Alcatraz z celą Al Capone. Zamknięte z powodu wysokich kosztów utrzymania i błędów konstrukcyjnych ułatwiających ucieczkę „miejsce wiecznego odosobnienia” jest dziś atrakcją turystyczną wzbudzającą niemałe zainteresowanie. Bilety na statek wiozący na wyspę należy wszak kupić 24 godziny przed planowaną wycieczką, mimo że dziennie jest zaplanowanych kilkanaście rejsów! Jedyna udana próba ucieczki miała miejsce w czerwcu 1962 roku. Fart? Być może, ale stojące na brzegu wyspy armaty robią wrażenie. Zaplanowana szczegółowo akcja stała się potem scenariuszem filmu "Ucieczka z Alcatraz" z doskonałą grą Clinta Eastwooda.
Swoistym symbolem Miasta Wzgórz są cable cars (linowe wagony), które same w sobie stanowią nie tylko gratkę dla turystów, ale korzystają z nich również miejscowi celem dojazdu do różnych miejsc. Zabawa zaczyna się na Hyde Street niedaleko Fisherman’s Wharf – dzielnicy typowo rybackiej. Siedząc wygodnie bacznie obserwowałem wnętrze pojazdu. Ku memu zdziwieniu, okazało się, że tym samym wagonem poruszał się także sam Humphrey Bogart! Działo się to w latach 40. ubiegłego stulecia. Dojechałem do Union Square – dystryktu finansowego miasta. Tutaj z kolei rzadkością było spotkanie na swojej drodze kogoś o innym kolorze skóry niż biały. Bogate centrum, wielkie wieżowce, a między nimi palmy, czyli wszystko to, z czym kojarzy się Ameryka. Wśród nich Transamerica Pyramid – olbrzymi biurowiec w kształcie wąskiej piramidy – budynek, który może posłużyć jako kompas w przypadku zguby.
Wróciłem do Fisherman’s Wharf. Zatoka San Francisco, statki, mewy, przydrożne sklepy, bary, restauracje, w których od samego rana podają smażone ryby, a nawet piekarnie, które stanowią część wielkiego show. To tu można zobaczyć przez szybę cykl pracy piekarza. Odwrót w drugą stronę i co kilkanaście metrów uliczni muzycy, tancerze, artyści, którzy chcąc przykuć uwagę ogromnej liczby turystów, postanawiają przedstawić oryginalny program. Idąc w stronę Embarcadero Street gwar nieco mniejszy, dzięki czemu słychać bluesowe dźwięki saksofonu altowego wydobywające się z otwartych okien klubu, który reklamuje się jako najlepszy bluesowy w mieście.
| Sausalito. Zaledwie 10 minut drogi od centrum San Francisco, a jedyny dźwięk to szum fal uderzających o kamienie |
Tu ludzie cieszą się życiem. Jakiekolwiek by ono nie było. Pierwsze chwile przywitały mnie widokiem znanym z amerykańskich filmów. Oto rodzina urządza sobie grilla w parku nad morzem, przy palmach. Druga gra w karty. Trzecia uczy młodzież rywalizacji podczas zabawy zręcznościowej. Obok nich przechodzi para rzucająca swojemu labradorowi piłkę, którą ten z ochotą łapie w pysk i przynosi z powrotem. Nie zapomnę również policjanta, który widząc jak rozkładam mapę przy Union Square i uważnie ją studiuję, podchodzi i pyta, dokąd zmierzam. Co więcej, radzi w którą stronę nie iść, by nie paść ofiarą kieszonkowców. W jego pobliżu stał człowiek ubrany w koszulę z olbrzymią amerykańską flagą, który wykrzykiwał wniebogłosy, że tylko czytanie Biblii może zbawić ludzkość. W Chinatown azjatycki staruszek w przerwie wygłaszania przestrogi dla Amerykanów przed zgubą jeśli zapomną o pierwotnych wartościach zdołał uśmiechnąć się i pomachać do obiektywu mego aparatu. Niski wzrostem stał na krześle, w ręku dzierżył tablicę z omawianymi postulatami. To spektakl, to show. Tu każdy zna swoją rolę. Bez pomocy suflera. Tak jak grupka grająca na ławkach w Ogrodach Botanicznych Golden Gate country rocka z domieszką bluesa, jazzu oraz nutą Południa. I jej frontman, który zauważając, że jest przeze mnie filmowany wstał z grzechotką i wciąż śpiewając zaczął tańczyć. Jegomość miał co najmniej 70 wiosen na karku. Witamy w Ameryce. A to był przecież dopiero początek…
Kamil Turecki, San Francisco, Kalifornia (07.09.11)
Subskrybuj:
Posty (Atom)